Daewoo Lanos

A miało być tak pięknie…

Miał być lekarstwem na problemy polskiej motoryzacji. Marka miała ratować polski przemysł motoryzacyjny. Produkcja modelu miała utrzymać przy życiu konające FSO. Niestety nie wyszło. Daewoo Lanos – samochód, który ma tyle samo zwolenników co i przeciwników. Pozwólcie, że podzielę się moją opinią na ten temat.

Model, który opisuję to Lanos 1.5 16 V z roku 1999, w pięciodrzwiowej wersji nadwozia. Dodatkowo, auto posiadało na wyposażeniu niefabryczną instalację gazową. Moc 100 KM, przy instalacji gazowej brzmi nieźle. Ale czy aby na pewno? Przekonajmy się!

Jakiś czas temu jeździłem Daewoo Matizem, który miał potężny problem z korozją. Tu również występowała, ale na szczęście nie w takim stopniu. Najbardziej skorodowany był tłumik, który dawał znać o sobie, zwłaszcza po dodaniu gazu.

Z zewnątrz, muszę przyznać, że samochód nie wygląda najgorzej. Widać od razu, że Koreańczycy poszli po rozum do głowy i zlecili projekt Włochom. Moim zdaniem ci stanęli na wysokości zadania. Niestety, ładne duże światła przednie po każdym deszczu całkowicie pokrywały się szczelnie brudem a standardowe żarówki o mocy lampy naftowej nie potrafiły przekazać światła na drogę.

Jeżeli wygląd zewnętrzny może się podobać, tak szczerze wątpię aby środek znalazł czyjekolwiek uznanie. Jakość użytych materiałów ledwo można by nazwać przyzwoitą. Po prostu tragedia. Szaro, smutno i depresyjnie. Dobrze, że jest lato i od razu nie chcę się spać. Lanos nigdy nie rozpieszczał nadmiernym wyposażeniem więc deska rozdzielcza może uchodzić za wzór ergonomii. Wszystkie cztery przełączniki są ułożone intuicyjnie i raczej nie wyobrażam sobie aby ktoś mógłby się w tym wszystkim pogubić.

Jazda po mieście może nie należy do przyjemności ale nie jest też najgorzej. Duże lusterka w połączeniu ze wspomaganiem kierownicy oraz dobrze przeszkolonym wnętrzem pozwalają na dobrą orientację w miejskiej dżungli, zwłaszcza przy parkowaniu. Jedyną irytującą rzeczą było parowanie szyb, które bez klimatyzacji wymagało dłuuuugiej chwili (na przykład przerwy na posiłek) aby wrócić do normy.

W momencie przekroczenia prędkości dopuszczalnej w terenie zabudowanym czyli zawrotnych 50 km/h, sytuacja zmienia się diametralnie. Silnik jedyne co robi to zamienia paliwo w hałas, który z brutalną siła jest wciskany w nasze uszy. Powyżej 90 km/h mamy wewnątrz istną symfonię hałasu. Ponieważ radio i tak zostało zagłuszone, miałem przez chwilę zabawę w rozróżnianie dźwięków. Liderem zostaje silnik a na drugim miejscu plasują się opony. Na rozpoznanie trzeciego dźwięku brakło mi nerwów. Moja rada: nie wyjeżdżajmy Lanosem poza miasto, a jeżeli już, to absolutnie nie przekraczajmy 50 km/h. Zauważyłem, że w niedzielę rano wielu kierowców udających się do kościoła wpadło na podobny pomysł, a niektórzy, asekuracyjnie chroniąc swój narząd słuchu, nie przekraczali 40 km/h.

Samochód nie spala paliwa, tylko go chłonie w nieograniczonych ilościach. W moim egzemplarzu nigdy nie udało mi się zejść poniżej 12,5 litra na setkę. Jednym słowem auto w sam raz na kryzys paliwowy. Ale nic nie szkodzi – jest przecież instalacja gazowa. Po tygodniu użytkowania tego typu wynalazku postanowiłem, że nigdy nie kupie sobie samochodu na gaz. Po prostu tragedia. Na światłach coś strzeliło, zadymiło i filtr powietrza do wymiany (2 razy w ciągu tygodnia). Ponadto, butla znajdowała się w miejscu po kole zapasowym. Przy pojemności nieco większej od zapalniczki oraz apetycie średnio 14 litrów gazu na 100 km, musiałem stale być w pobliżu stacji z gazem. Na trasie przy spokojnej jeździe mogłem przejechać zawrotne 200 km.

Tu dochodzimy do właściwości jezdnych a raczej ich braku. Samochód jest tak miękko zestrojony, że przy byle nierówności (tych akurat na polskich drogach nie brakuje) autem bujało bardziej niż łódką na wzburzonym morzu. Polecam to wrażenie szczególnie dla osób z chorobą lokomocyjną – naprawdę Lanos gwarantuje niezapomniane przeżycia. Jak już wspomniałem, pomimo 100 KM samochód w ogóle nie posiada przyśpieszenia, a własności jezdne możemy porównać z barką rybacką – podobna reakcja na sterowanie.

Zastanawiałem się czy chciałbym taki samochód. No cóż – pewnie nie. Za to mogę go polecić osobom, które jeżdżą głównie po mieście. Poszukajcie tylko wersji z klimatyzacją. Wspomniane problemy z instalacją gazową dało by się pewnie usunąć. Części do samochodu są bardzo tanie, samo auto również. Wygląd zewnętrzny jak dla mnie może być. Jeżeli miałbym wybierać pomiędzy Lanosem a na przykład dużo starszym VW Golfem III, tu skłonił bym się ku Daewoo. Ale tylko w tym przypadku, który na moje szczęście prawdopodobnie nigdy nie nastąpi.

Daewoo Matiz – idealny do miasta

Kolejny tydzień, kolejne auto, kolejne wrażenia z jazdy. Tym razem podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami z jazdy małym miejskim autkiem – Daewoo Matizem z roku 2000. Samochód małolitrażowy więc o osiągach można zapomnieć. Do tego mały i ciasny. Szczerze mówiąc byłem pełen obaw czy znajdę w nim choć jedną rzecz godną uwagi. A tu niespodzianka – bardzo miło się rozczarowałem jeżdżąc nim przez ostatni tydzień i zapraszam Was do zapoznania się z moimi wrażeniami.

Zacznijmy więc od początku – wygląd zewnętrzny. Moim zdaniem nieciekawy, chociaż na tle innych aut koreańskich z tamtych lat, muszę przyznać, że nie jest najgorzej. Ot taka mała zabawka na kołach.

Niestety, rdza! Jest ona dosłownie wszędzie. Należy przy zakupie zwrócić na nią szczególna uwagę. Atakuje progi oraz mocowania foteli. Jest dosłownie wszędzie i zniechęca do dalszej jazdy.

Wsiadamy do środka i tu miła niespodzianka. Samochód ma bardzo bogate wyposażenie: dwie poduszki powietrzne, ABS, elektryczne szyby, wspomaganie układu kierowniczego oraz centralny zamek. Ale najlepsze jest to, że teoretycznie posiada klimatyzację. Piszę tu teoretycznie, ponieważ w moim egzemplarzu akurat nie działała. Jestem ciekaw, czy przy uruchomieniu jej na pełen gwizdek auto w ogóle by się było w stanie rozpędzić?.

Dalej przyglądam się wnętrzu. Nie jest źle. Plastiki może nie są najwyższej jakości ale za to są starannie złożone i w czasie jazdy nie dochodzą nas żadne stuki czy inne trzaski. Deska rozdzielcza też nie jest najgorzej zaprojektowana – podobają mi się zegary oraz centralny panel. Pomimo upływu lat wszystko w jak najlepszym porządku.

OK, pora na pierwszą jazdę. Odpalamy silnik i prawie go nie słyszymy, a to niewątpliwie należy uznać za zaletę. Pozycja za kierownicą nie należy do moich ulubionych – mam wrażenie, że siedzę na krześle a to na dłuższą metę staje się męczące. W mieście samochód prowadzi się naprawdę nieźle. Wspomaganie pracuje z lekkim oporem, co pozwala na dobre wyczucie samochodu. Natomiast mnie najbardziej urzekło parkowanie. Dosłownie wystarczy parę centymetrów kwadratowych wolnej przestrzeni i już możemy parkować. Zawracamy praktycznie w miejscu a widoczność dookoła jest wręcz znakomita. Już dawno parkowanie nie sprawiało mi takiej przyjemności. Wciąż poszukiwałem nowych poważniejszych wyzwań.

Osiągi. Jeśli chodzi o warunki miejskie to nie jest najgorzej. Poza miastem trzeba trzymać gaz w podłodze a i tak niewiele to da. Do prędkości 80 km/h jest jeszcze jako tako, ale później to już nie ma co liczyć na cuda. Jakość prowadzenia? Ta praktycznie nie istnieje. Co prawda Matiz trzyma się obranego toru jazdy ale przechyla się przy tym do granic ryzyka, przy akompaniamencie pisku opon.

Pojeździłem tym maluchem przez parę dni i cały czas zastanawiałem się do czego mógłbym się przyczepić. Nagle eureka! To coś jest zarejestrowane jako samochód pięcioosobowy! Ponieważ ja i moi koledzy nie należymy do wielkich fanów aerobiku, nasza waga można delikatnie powiedzieć, że odstaje od ideału. W związku z tym postanowiliśmy się wybrać na piknik.

Bagażnik mały więc wzięliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Wiecie, że do bagażnika można zapakować maksymalnie: 126 puszek piwa oraz skrzynkę wody mineralnej, 2 bochenki chleba oraz parę konserw. Już nikt mi nie zarzuci, że samochód został nierzetelnie przetestowany. Nigdzie indziej nie zdobylibyście tak praktycznych informacji.

No dobra; bagażnik pełny pora wsiadać drzwi zamykać. Nie wiem jakim cudem ale udało nam się wsiąść w pięciu i nawet domknąć drzwi. Ruszamy. O jakimkolwiek przyśpieszeniu możemy zapomnieć. 60 km/h to szczyt możliwości. Do tego każda najmniejsza nierówność daje o sobie boleśnie znać. Okazało się jednak, że nie jesteśmy sobie aż tak bliscy, i po ujechaniu kilkunastu kilometrów zawracamy do tego, który mieszka najbliżej. Samochód zostawiamy tam na noc – testów ciąg dalszy jutro.

Na drugi dzień, tak bliżej popołudnia postanowiłem trochę jeszcze pojeździć w celu podsumowania. Udałem się więc do sklepu motoryzacyjnego aby spytać o ceny części. Muszę przyznać, że jest lepiej niż dobrze – te są naprawdę tanie. Do tego jak dołożymy spalanie – mnie wyszło około 6,5 litra na setkę oraz koszty ubezpieczenia silnika małolitrażowego, to roczny koszt utrzymania wygląda wręcz rewelacyjnie. Tu muszę dopisać, że zastanawiam się po co ludzie pakują do tego auta instalacje gazowe? Przy takim spalaniu, wróci się ona za jakiś milion lat, a przestrzeń bagażowa będzie jeszcze mniejsza (a do największych nie należy).

Podsumowując. Zmieniłem swój pogląd na temat małych miejskich aut. Codziennie jeździłem nim na zakupy i byłem zadowolony. Matiz nadaje się idealnie jako drugi samochód w rodzinie lub dla osób, które jeżdżą tylko i wyłącznie po mieście oraz wliczają koszty utrzymania do domowego budżetu. Jak wspomniałem na wstępie należy zwrócić uwagę na korozję, bo wizyta u blacharza może być równa wartości auta. Resztę usterek można mu wybaczyć bo części nie są drogie.

Już za tydzień kolejne auto. Tym razem postaram się o coś większego.